Teodor siedział na szczycie wieży astronomicznej, z otępieniem wpatrując się w rozciągający się w dole krajobraz. Hogwart był taki piękny... że też wcześniej nie był wstanie tego dostrzec.
Nie czas na sentymenty...skarcił się w duchu, zaciskając zęby. Musiał być silny. Do samego końca.
Wiatr rozwiewał mu włosy, a on sam czuł jak coś boleśnie ściska mu się w żołądku. Bał się.
Nie chciał opuszczać swoich przyjaciół, życia. Choć zawsze uważał je za ciężkie i niezwykle trudne teraz nie zamierzał się z nim żegnać. Tyle razy otarł się o śmierć... Teraz stojąc spokojnie na szczycie wieży astronomicznej czuł, że jest jej bliższy niż kiedykolwiek wcześniej.
Westchnął cicho, przejeżdżając ręką po twarzy.
-To takie beznadziejne-mruknął, schylając się po leżącą u jego stóp szkolną torbę. Teraz nie miał już nic do stracenia. Po co w ogóle chodził na zajęcia? Ta wiedza i tak do niczego już mu się nie przyda.
Choć zapewniał Lenę o tym, że się nie podda, w rzeczywistości nie miał w sobie wielkiej nadziei. Jego szanse na przeżycie były nikłe a wizja umierania w męczarniach zachęcała go jedynie do tego, by sam ze sobą skończył. Spojrzał w dal, na rozciągające się w dole błonia. Wystarczyłoby skoczyć, skończyć to wszystko. Każdy problem, cierpienie...
-Teodor?-głos Leny wyrwał go z zamyślania. Odwrócił się z wdzięcznością patrząc na stojącą za nim dziewczynę.
-Nie było cię na śniadaniu, myślałam, że...
-Wszystko w porządku-zapewnił ją, posyłając w jej stronę delikatny uśmiech. -Chyba nie chcę iść dziś na lekcje-stwierdził, próbując usprawiedliwić swoją nieobecność. W duchu przeklinał się za swoje poprzednie myśli. Gdyby wtedy skoczył... Co jeżeli Lena by to zobaczyła? Co by pomyślała, gdyby tak szybko ze sobą skończył?
Dziewczyna podeszła do niego, niepewnie kładąc rękę na jego ramieniu.
-Jak się czujesz?-spytała cicho, starając się opanować drżący głos.
Ślizgon wzruszył ramionami.
-Cieszę się, że jesteśmy razem. Teraz, do samego końca-wyznał, doskonale wiedząc, że to nie o to pytała dziewczyna. Lena uśmiechnęła się, delikatnie ściskając jego rękę.
-Gdybyś powiedział Draconowi...-zaczęła, jednak on szybko jej przerwał.
-Draco wrócił późno w nocy. Jeszcze śpi, a ja przecież nie umieram-powiedział, dopiero po chwili orientując się, że znajduje się w kilkumiesięcznej kolejce po zgon. -Ale powiem mu-zapewnił ją, mocno do siebie przytulając.
-Obiecaj, że zrobisz wszystko, żeby ze mną zostać-poprosiła, a on nie był wstanie jej odmówić. Pocałował ją, tak jakby całował ją po raz ostatni. Zamierzał to robić zawsze, każdego dnia i o każdej porze.
***
Draco stał na korytarzu i tępo wpatrywał się w rozgrywające się za oknem wydarzenia.
Hermiona stała na błoniach i wydzierała się na Rona, który w milczeniu znosił jej krzyki. W końcu zasłużył upajając ją eliksirem miłosnym. Tak czy inaczej, był jej przyjacielem, nie takie przeszkody miały między nimi stanąć. Już po chwili godzili się, rzucając sobie w ramiona.
***
Draco stał na korytarzu i tępo wpatrywał się w rozgrywające się za oknem wydarzenia.
Hermiona stała na błoniach i wydzierała się na Rona, który w milczeniu znosił jej krzyki. W końcu zasłużył upajając ją eliksirem miłosnym. Tak czy inaczej, był jej przyjacielem, nie takie przeszkody miały między nimi stanąć. Już po chwili godzili się, rzucając sobie w ramiona.
Z ust Ślizgona wydobyło się ciche westchnięcie. Był zazdrosny. Bardzo zazdrosny.
Mimo wszystko doskonale wiedział, że tak być powinno. Hermiona powinna żyć między swoimi przyjaciółmi z dala od niego - Śmierciożercy niosącego ze sobą mnóstwo problemów. Przy nim nie śmiała się ani nie bawiła. Po prostu dzielnie trwała.
Ron, nieważne czy jako przyjaciel czy też chłopak, był dla niej lepszy, a Draco doskonale wiedział, że przeczenie temu byłoby bardzo samolubne.
-Cześć, Draco-Blaise stanął obok niego, wędrując za jego wzrokiem w stronę dwójki Gryfonów. Uśmiechnął się blado, po czym pokrzepiająco poklepał go po plecach.
-Jesteś Malfoy. Dasz sobie radę-powiedział poważnie. -Nie wiem czy to odpowiedni moment ale gdzie byłeś przez całą noc?-spytał z ciekawością. -Z tego co dzieje się na błoniach wnioskuję, że raczej nie byłeś z Granger...-dodał ponuro.
-Byłem w Malfoy Manor-oznajmił spokojnie blondyn. -Musiałem załatwić parę spraw z moim ojcem-wyjaśnił.
-I jak poszło?-spytał Blaise, mając w głowie najgorsze wizje tego co działo się w willi przyjaciela.
-Lepiej być nie mogło-powiedział szczerze zadowolony Draco. -Mój ojciec to największy idiota na świecie-stwierdził po chwili.
-To znaczy?-dociekał z niezaspokojoną ciekawością brunet.
-To znaczy, że póki co mamy w nim sprzymierzeńca-powiedział dumny z siebie Malfoy.
-Chcesz mi powiedzieć, że dwuosobowa rodzinka arystokratów zawarła rozjem?-zakpił Blaise.
-Pozwoliłem wierzyć w to mojemu ojcu. Chciałbym, żebyśmy naprawdę się dogadali ale to po prostu nie możliwe... On się nie zmieni. Zanim wyjedziemy będę musiał go unieszkodliwić.
-To nie będzie łatwe-stwierdził spokojnie Blaise. -To bydlak ale też bardzo inteligentny i przebiegły człowiek.
Draco uśmiechnął się z politowaniem. Poklepał przyjaciela po plecach po czym odwrócił się i zamierzał odejść kiedy w ostatniej chwili spojrzał na niego i z zadowoleniem oświadczył:
-Przecież jestem Malfoy. Dam sobie radę.
***
Po tym jak Draco odszedł tylko w sobie znanym kierunku, Blaise został sam na korytarzu. Widział przez okno jak Granger rozmawia z Wealseyem. Każdy szeroki uśmiech, rozmowa Gryfonów zdawała mu się nierealna. Kiedy on ostatnio tak się zachowywał? Kiedy wybiegł z przyjaciółmi na błonia i po prostu się bawił?
Miał nadzieję, że Pansy, nieważna gdzie była, wreszcie odnalazła szczęście. Nie miał pojęcia gdzie wyjechała ani w jakim towarzystwie przebywała. To czy była bezpieczna i radziła sobie w nowym otoczeniu było tylko jego domysłem. Wierzył, że dziewczyna była mądra i zaradna i nie wpakowała się w kłopoty. Tak czy inaczej bardzo za nią tęsknił i nie mógł pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Mogłaby napisać list, dać jakikolwiek znak życia. Tymczasem pozostały mu tylko myśli, nieustannie dręczące umysł.
***
Draco szedł korytarzem, z zamyśleniem pokonując kolejne odległości. Minął parę obrazów i przeszedł przez irytujące schody. Natknął się na Irytka i zrzędzącego woźnego Filcha i kiedy wreszcie znalazł się przy stopniach prowadzących do lochów, poczuł jak na kogoś wpada.
-Granger-powiedział cicho, jednak nie mógł ukryć niezadowolenia, które go opanowało.
-Szukałam cię-wyjaśniła bez cienia emocji na twarzy. Nic nie mówiąc wcisnęła mu w rękę kartkę. Zdziwiony chłopak rozwinął pergamin, który cały zapisany był schludnym pismem Gryfonki.
-Co to?-spytał całkiem zbity z tropu.
-Przepis na eliksir-wyjaśniła, jakby było to coś całkiem oczywistego. -Na rękę-dodała, widząc jego niezrozumienie.
Momentalnie spoważniał. Nawet po tym co się stało... dziewczyna nie żałowała na niego czasu i wymyśliła przepis na eliksir, który miałby pomóc jego znamieniu. Jego wzrok mimowolnie powędrował w stronę dłoni, która owinięta bandażem przyciągała uwagę prawie każdego. Owszem, ból prawie zniknął ale wypalony na ręce napis nie pozwalał zapomnieć Malfoyowi o tym kim tak naprawdę był.
Spojrzał na dziewczynę, która w milczeniu czekała na jego reakcję. Wiedział, że ją zranił, że to co powiedział było nieodpowiedzialne. Mimo to, nie żałował tego, że się rozstali. Tak po prostu musiało być.
-To naprawdę wiele dla mnie znaczy-powiedział, patrząc na nią z wdzięcznością. -Jestem ci winien przysługę-stwierdził z lekkim niezadowoleniem. Nie lubił być czyimś dłużnikiem.
-Niczego od ciebie nie chcę. Zrobiłam to, bo chciałam ci pomóc-szybko odparła. Odwróciła się i zamierzała odejść, bo łzy zaszkliły się w jej oczach. Draco jednak nie pozwolił na to.
-Mój ojciec. Obiecuję, że nikogo nie skrzywdzi-zapewnił ją, bo nie miał wątpliwości, że Lucjusz jest jednym ze zmartwień Hermiony. -To co się ostatnio wydarzyło... Może to niczego nie zmienia ale chcę żebyś wiedziała, że jest mi przykro. To wszystko...-głos uwiązł mu w gardle. Kochał ją. Tęsknił za nią i potrzebował jej bliskości. -...nie miało się tak skończyć.
Dziewczyna zamilkła, resztkami sił powstrzymując się od wybuchnięcia płaczem. Było jej tak strasznie smutno bez niego.
-Sam powiedziałeś, że nigdy nie sądziłeś, byśmy mieli wspólną przyszłość. Nie traktowałeś tego poważnie więc naprawdę nie mam pojęcia co sobie myślałeś. Jak inaczej mogłoby się to skończyć?-spytała z goryczą. Widząc jego rozbicie i totalne załamanie tylko się uśmiechnęła. -Żegnaj, Malfoy-mruknęła, po czym całując go po raz ostatni w policzek, odeszła.
-To było beznadziejne pożegnanie, Hermiono-szepnął ze smutkiem Draco. Jego palce odruchowo powędrowały w miejsce gdzie dopiero co złożyła delikatny pocałunek.
Dopiero po chwili wyrwał się z transu. Wziął głęboki oddech, po czym jakby nic powędrował do swojego dormitorium.
***
Zapadł wieczór. Draco, Blaise i Teodor zebrali się w swoim dormitorium, mając przed sobą poważną rozmowę.
-Wszystko jest już gotowe-stwierdził jeden z nich, posyłając w stronę reszty wesoły uśmiech.
-Co to znaczy?-spytał z powątpiewaniem blondyn.
-Że to koniec. Udało się-wyjaśnił Blaise. Mimo tego 'zwycięstwa' nie zdawał się być szalenie szczęśliwy. Zapadło milczenie. Od początku roku przeszli tak wiele. Uknuli mnóstwo intryg, kłamali, bili się i uciekali z zamku by teraz nie czuć nawet najmniejszej satysfakcji.
-Czyli, że niedługo uciekniemy...-mruknął Draco z obojętnością wypisaną na twarzy. Opuszczenie zamku równało się dla niego z ogromną zmianą. -Co planujemy robić potem?
-Zaraz po tym jak wpuścimy Śmierciożerców, będziemy musieli uciec, nie będzie na nic czasu, dlatego trzeba spakować się wcześniej. Załatwić wszystkie sprawy i... i się pożegnać-odpowiedział nieprzytomnie Teodor. Myślał o tym, jak powie przyjaciołom, że nie wybiera się razem z nimi. Chciał im pomóc i być z nimi do samego końca. Wiedział, że musi przeżyć do momentu użycia szafki zniknięć, ale co będzie potem?
Jego myśli zaprzątała również Lena, z którą rozstanie okaże się zapewne najgorsze...
-Myślałem o tym, żeby wybrać się do Albanii. Wiecie, do lasów, w których On sam się ukrywał-mruknął cicho Draco. Dla niego ucieczka nigdy nie była dobrym wyjściem, dlatego nie mógł ukryć smutku. -Rozbilibyśmy obóz. Tam, w spokoju zastanowilibyśmy się co robić dalej-zaproponował.
Reszta przyjaciół zgodnie mu przytaknęła.
-Wiecie... będę musiał jeszcze zająć się ojcem. Muszę jakoś go unieszkodliwić...
-Weźmiemy go ze sobą-rzucił całkiem poważnie Blaise.
Draco i Teodor wytrzeszczyli oczy, patrząc na niego z niedowierzaniem.
-Żartujesz-bardziej stwierdził niż spytał blondyn.
-Niby dlaczego? Po tym co zrobił... moglibyśmy jakoś go wykorzystać, niech pocierpi jako nasz sługa. Bo to, że go nie zabijemy nie pozostawia nic do dyskusji, prawda?
Młody Malfoy zmarszczył brwi, niezbyt przekonany tym, można by rzec, absurdalnym pomysłem.
Wizja Lucjusza towarzyszącego im w ucieczce była co najmniej niedorzeczna. Tak czy inaczej, Ślizgon i jego przyjaciele odbiegali od pewnej normy, robiąc zazwyczaj rzeczy ryzykowne i nieprzewidywalne.
-Cóż to by było w naszym stylu-stwierdził z uznaniem, po dłuższym czasie namysłu. -No ale macie świadomość tego, że to będzie coś... coś dziwnego, prawda?-spytał, mając nadzieję, że Blaise odwoła swoje słowa, uznając wymyślony pomysł za najgorszy na świecie.
-Jesteśmy Ślizgonami-odparł brunet, jakby to wytłumaczenie było wystarczającym argumentem. -Pomyślcie jakie będziemy mieli z tego korzyści...
***
Draco siedział sam, zamknięty w jednej z pustych klas na czwartym piętrze. To miejsce było wystarczająco bezpieczne by mógł uwarzyć eliksir zgodny z recepturą Hermiony. Cieszył się, że w końcu ma szansę załatwić jeden z problemów. Czuł, że z każdą chwilą jest coraz bliżej upragnionej wolności.
Zawsze był dobry z eliksirów i prawie nigdy nie popełniał błędów. Zwykle wszystko szło mu z największą łatwością i nie musiał przejmować się końcowym efektem mikstury. Teraz jednak z największą precyzją odmierzał wszystkie składniki, sumiennie stosując się do zaleceń Hermiony. Wiedział, że to co wymyśliła dziewczyna nigdy nie zostało przetestowane. Wiedział, że wypicie tego co uwarzy będzie szaleństwem i ogromnym ryzykiem. Ta Gryfonka mimo wszystko wzbudzała w nim ogromne zaufanie. Wierzył, że gdyby nie była pewne sukcesu, nigdy nie dałaby mu kartki z przepisem.
-Wygląda na to, że gotowe...-mruknął, z niezadowoleniem przyglądając się niezbyt smacznie wyglądającej cieczy. Zapach mikstury również nie był przyjemny, dlatego nie mógł powstrzymać się od grymasu, który wymalował się na jego twarzy. -Nie mogłaś wymyślić czegoś smacznego, Granger...?-spytał, nalewając eliksir do fiolki. -To co najmniej obrzydliwe-stwierdził, zastanawiając się, czy wypicie eliksiru będzie mądrym rozwiązaniem.
Jesteś Malfoy, dasz sobie radę...
Już po chwili wypił całą zawartość fiolki, mocno się przy tym krzywiąc.
-Ohyda-mruknął, lekko się krztusząc.
Odczekał chwilę, z zniecierpliwieniem wpatrując się w swoją ręką.
-No dalej...-szepnął, bojąc się, że eliksir Hermiony mógł nie zadziałać. Dopiero po chwili poczuł w ręce lekkie mrowienie, które z czasem przerodziło się w ból, podobny do tego, kiedy ktoś przypala cie żywcem.
Chłopak zacisnął zęby, przygryzając kawałek swojej szaty. Starał się nie krzyczeć, jednak po chwili z jego buzi wyrwał się jęk bólu. Oparł się o ścianę i przymknął oczy, czekając aż ból nieco się zmniejszy.
Po paru, męczących i niezwykle długich minutach ból ustał . Blondyn spojrzał na swoją rękę. Czarny napis zniknął. Został jednak ślad w postaci świeżych blizn.
-Mam nadzieje, że nie zostanie mi jak Potterowi-mruknął, ciężko oddychając. W jego głowie znalazła się wizja dłoni Wybrańca, na której blizny układały się w napis "Nie będę opowiadać kłamstw". -To przerażające-stwierdził, mimowolnie się wzdrygając. Zebrał swoje rzeczy, po czym ruszył do wyjścia z klasy, uprzednio obwiązując wokół dłoni biały bandaż. Lepiej żeby nikt nie widział jego ręki, dopóki ta do końca się nie zagoi. Szedł korytarzem, zadowolony ze swojego sukcesu. Czuł, że ma dług wdzięczności wobec Hermiony. Pomogła mu mimo iż zupełnie na to nie zasłużył.
Z zamyśleniem przemierzał kolejne piętra, kiedy na kogoś wpadł. Z szokiem rozpoznał stojącą przed nim osobę.
-Draco-mężczyzna uśmiechnął się, obdarzając go wzgardliwym spojrzeniem.
Poczuł jak głos uwiązł mu w gardle.
-Zrobisz coś dla mnie?
Blondyn skinął głową, przyglądając się mężczyźnie z wyczekiwaniem.
-Przekaż Teodorowi, że tu jestem. Będę czekał na szczycie wieży astronomicznej-powiedział, po czym zniknął, rzucając na siebie zaklęcie kameleona.
***
-Teodor?! Blaise?!- Ślizgoni siedzieli w dormitorium, ze zdziwieniem przyglądając się swojemu przyjacielowi.
-To złe wieści-stwierdził cicho Zabini, z niechęcią przyglądając się blondynowi.
-Musimy...
-Poczekaj-Teodor przerwał mu, ze spokojem unosząc rękę. -To na pewno może zaczekać. To dzień bez Śmierciożerczych problemów.
-Ale...
-To z pewnością nic takiego...-Blaise, lekceważąco machnął ręką, sięgając po leżącą na jednej z półek gazetę.
-Byłoby nieważne gdyby nie był to twój ojciec czekający na wieży astronomicznej!-wypalił Draco, wyraźnie zirytowany ignorancją przyjaciół.
-Co?-Teodor zerwał się z łóżka, z przerażeniem wpatrując się w blondyna. -Jakim cudem się tu dostał?-spytał z wyraźnym szokiem.
-Czy to ważne?! Czeka tu na ciebie, a ty nie wiesz czego chce i...
-Oczywiście, że wiem czego chce! Tyle, że nie zapewnię mu ani rodziny, ani własnej śmierci-oznajmił z determinacją. -Idę do niego-zadecydował, ruszając w stronę drzwi.
-Zaczekaj, idziemy z tobą-Draco, złapał go za ramię, patrząc na przyjaciela ze znudzeniem. -No chyba nie myślałeś, że sam rozprawisz się z ojcem-psychopatą-zakpił, wyraźnie rozbawiony naiwnością przyjaciela.
***
Było już ciemno. Powoli zapadała noc. Wiatr rozwiewał gałęzie drzew, na których pojawiały się już pierwsze pączki. Wiosna nadchodziła małymi krokami i wszystko mogłoby się zdawać dla nich piękne gdyby nie to, co na nich czekało. Chyba jeszcze nigdy nie biegli tak szybko po schodach wieży astronomicznej.
Mimo wszystko, tylko w głowie Teodora pojawiły się sprzeczne ze sobą myśli. To jak bardzo się denerwował wiedział tylko on sam, ponieważ wyraz jego twarzy pozostawał ciągle nieodgadniony.
Zaczynał padać deszcz, który z każdą chwilą stawał się coraz silniejszy.
W końcu się tam znaleźli. Wiatr rozwiewał im włosy i szaty, a z nieba powoli zaczynał padać deszcz. Ojciec jednego ze Ślizgonów stał z założonymi rękami, wyraźnie rozbawiony obecną sytuacją.
-Witaj, Teo. Przyprowadziłeś przyjaciół?-mruknął z niekrytą pogardą. Jego ciemne oczy nie wyrażały nic oprócz czystej niechęci. -Naprawdę myślisz, że w czymś ci pomogą?
Całe szczęście stanął naprzeciw równych sobie przeciwników. Każdy zgromadzony na szczycie wieży potrafił być naprawdę wredny. Ironiczne, pełne kpiny uśmieszki pojawiły się na twarzach Ślizgonów.
-Po co tu przyszedłeś?-spytał spokojnie Teodor. Nie chciał rozpoczynać wojny. Ostatnio niezbyt dobrze się skończyła. Spojrzał na nogę ojca, a może raczej tam gdzie być powinna. Teraz zamiast niej, był drewniany kikut, przypominając piratów z mugolskich filmów. Ostatni pojedynek między Nottem seniorem, a jego synem doprowadził do tego, że jeden był umierający, a drugi stracił kończynę.
-Przyszedłem sprawdzić jak miewa się mój jedyny syn. Jedyny, bo resztę mi odebrałeś!
-Dramatyzujesz-stwierdził chłopak, lekceważąco machając ręką. -Trzeba ponosić konsekwencje za swoje czyny. Byłeś dla nich niemiły więc wyjechali-wyjaśnił jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.
-Od kiedy taki gówniarz jak ty będzie mnie pouczał?!-Nott Senior zdawał się kipieć ze złości. Draco prychnął pod nosem, uświadamiając sobie, że skądś to zna. Jego ojciec był dokładnie taki sam.
-Jak się tu dostałeś?-spytał blondyn, zmuszając Śmierciożercę do oderwania morderczego wzroku od swojego syna.
-Cóż... wasza szafka działa znakomicie-oznajmił, na co trzem Ślizgonom opadły szczęki. Czyżby mogli spodziewać się ataku Śmierciożerców lada chwila?
-Kto wie o tym, że tu jesteś?-spytał Blaise, czując jak ogarnia go panika.
Mężczyzna udał zamyślenie, by po chwili odpowiedzieć z wyjątkowym zadowoleniem.
-Wszyscy. Wreszcie jesteście bohaterami. Choć cie nienawidzę, muszę przyznać, że jestem z ciebie dumny, synu-oświadczył, na co Teodor tylko wywrócił oczami.
-Czego chcesz?-spytał, świadomy tego, że niedługo będą musieli uciekać z zamku.
-Chcę wiedzieć, gdzie jest moja rodzina-odparł, na nowo ogarnięty przez złość. -Czy to naprawdę takie trudne, powiedzieć mi gdzie oni są?!-krzyknął zirytowany.
Teodor spojrzał na niego z prawdziwym zażenowaniem.
-Nie wiem-wycedził, patrząc na niego z politowaniem.
Chyba wyprowadził ojca z równowagi, ponieważ ten szybko wyciągnął z kieszeni różdżkę, po czym celując nią w syna wypowiedział dwa, krótkie słowa.
***
Draco patrzył na to wszystko w otępieniu. Wykrzyczana klątwa "Avada Kedavra" dźwięczała mu w uszach, nie mogąc wydostać się z jego umysłu. Ściana deszczu, która z każdą chwilą coraz bardziej ograniczała jego pole widzenia, sprawiała, że czuł jak ogarnia go coraz większe przerażenie. Był bezsilny.
Zielony promień pomknął w stronę Teodora i gdyby nie zachowujący zimną krew Blaise, chłopak z pewnością dawno by nie żył. Przyjaciel przewrócił go na ziemię, sam ledwo unikając śmiercionośnej klątwy.
Wściekłość, którą wywołało chybienie, opanowała Notta seniora. Otworzył usta, by po raz kolejny wypowiedzieć zaklęcie, jednak Draco był szybszy. Uniósł swoją różdżkę i za pomocą zaklęcia niewerbalnego oszołomił mężczyznę. Nie przewidział tylko jednej rzeczy. Ojciec Teodora zachwiał się i nim ktokolwiek zdążył zareagować, spadł z wieży astronomicznej.
Podbiegł do krawędzi, z szokiem spoglądając na mężczyznę, który leżał na ziemi. Jego kończyny powyginane były w różne strony, a on sam sprawiał wrażenie, delikatnie mówiąc, zmasakrowanego...
Ojciec Teodora był martwy.
------
Po pierwsze, chcę przeprosić, że tyle czasu nie dodawałam rozdziału.
Po drugie, chciałam podziękować wszystkim komentującym, a w szczególności Wilk, która zaczęła czytać moje opowiadanie i zechciało jej się skomentować KAŻDY rozdział. Doceniam to i jest mi baaardzo miło ^^
Oczywiście nie chcę by ktoś poczuł się niedowartościowany xD Czytam każdy komentarz i z każdego jestem równie szczęśliwa. Po prostu musiałam zwrócić na to uwagę, bo miało to dla mnie naprawdę ogromne znaczenie.
Po trzecie, mam nadzieję, że nikt nie zabije mnie za śmierć jednego z 'bohaterów' :D
Mam nadzieję, że nn pojawi się nieco szybciej. No i mam miniaturkę, którą zapewne na dniach wstawię :))
Ale oprócz tego mam do was sprawę.
Musicie wiedzieć, że powoli się wypalam, a przynajmniej na temat Dramione. Tworzenie tego zaczyna mnie nudzić i choć obiecuję, że to opowiadanie dokończę, to zapewniam was, że kolejnego nie stworzę ;( W mojej głowie zrodził się jednak nowy pomysł. Coś zupełnie nowego, z Potterem nie związanego. Czy ktoś, ktokolwiek chętny do czytania czegoś takiego? Proszę o szczere odp ;)
Mimo wszystko doskonale wiedział, że tak być powinno. Hermiona powinna żyć między swoimi przyjaciółmi z dala od niego - Śmierciożercy niosącego ze sobą mnóstwo problemów. Przy nim nie śmiała się ani nie bawiła. Po prostu dzielnie trwała.
Ron, nieważne czy jako przyjaciel czy też chłopak, był dla niej lepszy, a Draco doskonale wiedział, że przeczenie temu byłoby bardzo samolubne.
-Cześć, Draco-Blaise stanął obok niego, wędrując za jego wzrokiem w stronę dwójki Gryfonów. Uśmiechnął się blado, po czym pokrzepiająco poklepał go po plecach.
-Jesteś Malfoy. Dasz sobie radę-powiedział poważnie. -Nie wiem czy to odpowiedni moment ale gdzie byłeś przez całą noc?-spytał z ciekawością. -Z tego co dzieje się na błoniach wnioskuję, że raczej nie byłeś z Granger...-dodał ponuro.
-Byłem w Malfoy Manor-oznajmił spokojnie blondyn. -Musiałem załatwić parę spraw z moim ojcem-wyjaśnił.
-I jak poszło?-spytał Blaise, mając w głowie najgorsze wizje tego co działo się w willi przyjaciela.
-Lepiej być nie mogło-powiedział szczerze zadowolony Draco. -Mój ojciec to największy idiota na świecie-stwierdził po chwili.
-To znaczy?-dociekał z niezaspokojoną ciekawością brunet.
-To znaczy, że póki co mamy w nim sprzymierzeńca-powiedział dumny z siebie Malfoy.
-Chcesz mi powiedzieć, że dwuosobowa rodzinka arystokratów zawarła rozjem?-zakpił Blaise.
-Pozwoliłem wierzyć w to mojemu ojcu. Chciałbym, żebyśmy naprawdę się dogadali ale to po prostu nie możliwe... On się nie zmieni. Zanim wyjedziemy będę musiał go unieszkodliwić.
-To nie będzie łatwe-stwierdził spokojnie Blaise. -To bydlak ale też bardzo inteligentny i przebiegły człowiek.
Draco uśmiechnął się z politowaniem. Poklepał przyjaciela po plecach po czym odwrócił się i zamierzał odejść kiedy w ostatniej chwili spojrzał na niego i z zadowoleniem oświadczył:
-Przecież jestem Malfoy. Dam sobie radę.
***
Po tym jak Draco odszedł tylko w sobie znanym kierunku, Blaise został sam na korytarzu. Widział przez okno jak Granger rozmawia z Wealseyem. Każdy szeroki uśmiech, rozmowa Gryfonów zdawała mu się nierealna. Kiedy on ostatnio tak się zachowywał? Kiedy wybiegł z przyjaciółmi na błonia i po prostu się bawił?
Miał nadzieję, że Pansy, nieważna gdzie była, wreszcie odnalazła szczęście. Nie miał pojęcia gdzie wyjechała ani w jakim towarzystwie przebywała. To czy była bezpieczna i radziła sobie w nowym otoczeniu było tylko jego domysłem. Wierzył, że dziewczyna była mądra i zaradna i nie wpakowała się w kłopoty. Tak czy inaczej bardzo za nią tęsknił i nie mógł pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Mogłaby napisać list, dać jakikolwiek znak życia. Tymczasem pozostały mu tylko myśli, nieustannie dręczące umysł.
***
Draco szedł korytarzem, z zamyśleniem pokonując kolejne odległości. Minął parę obrazów i przeszedł przez irytujące schody. Natknął się na Irytka i zrzędzącego woźnego Filcha i kiedy wreszcie znalazł się przy stopniach prowadzących do lochów, poczuł jak na kogoś wpada.
-Granger-powiedział cicho, jednak nie mógł ukryć niezadowolenia, które go opanowało.
-Szukałam cię-wyjaśniła bez cienia emocji na twarzy. Nic nie mówiąc wcisnęła mu w rękę kartkę. Zdziwiony chłopak rozwinął pergamin, który cały zapisany był schludnym pismem Gryfonki.
-Co to?-spytał całkiem zbity z tropu.
-Przepis na eliksir-wyjaśniła, jakby było to coś całkiem oczywistego. -Na rękę-dodała, widząc jego niezrozumienie.
Momentalnie spoważniał. Nawet po tym co się stało... dziewczyna nie żałowała na niego czasu i wymyśliła przepis na eliksir, który miałby pomóc jego znamieniu. Jego wzrok mimowolnie powędrował w stronę dłoni, która owinięta bandażem przyciągała uwagę prawie każdego. Owszem, ból prawie zniknął ale wypalony na ręce napis nie pozwalał zapomnieć Malfoyowi o tym kim tak naprawdę był.
Spojrzał na dziewczynę, która w milczeniu czekała na jego reakcję. Wiedział, że ją zranił, że to co powiedział było nieodpowiedzialne. Mimo to, nie żałował tego, że się rozstali. Tak po prostu musiało być.
-To naprawdę wiele dla mnie znaczy-powiedział, patrząc na nią z wdzięcznością. -Jestem ci winien przysługę-stwierdził z lekkim niezadowoleniem. Nie lubił być czyimś dłużnikiem.
-Niczego od ciebie nie chcę. Zrobiłam to, bo chciałam ci pomóc-szybko odparła. Odwróciła się i zamierzała odejść, bo łzy zaszkliły się w jej oczach. Draco jednak nie pozwolił na to.
-Mój ojciec. Obiecuję, że nikogo nie skrzywdzi-zapewnił ją, bo nie miał wątpliwości, że Lucjusz jest jednym ze zmartwień Hermiony. -To co się ostatnio wydarzyło... Może to niczego nie zmienia ale chcę żebyś wiedziała, że jest mi przykro. To wszystko...-głos uwiązł mu w gardle. Kochał ją. Tęsknił za nią i potrzebował jej bliskości. -...nie miało się tak skończyć.
Dziewczyna zamilkła, resztkami sił powstrzymując się od wybuchnięcia płaczem. Było jej tak strasznie smutno bez niego.
-Sam powiedziałeś, że nigdy nie sądziłeś, byśmy mieli wspólną przyszłość. Nie traktowałeś tego poważnie więc naprawdę nie mam pojęcia co sobie myślałeś. Jak inaczej mogłoby się to skończyć?-spytała z goryczą. Widząc jego rozbicie i totalne załamanie tylko się uśmiechnęła. -Żegnaj, Malfoy-mruknęła, po czym całując go po raz ostatni w policzek, odeszła.
-To było beznadziejne pożegnanie, Hermiono-szepnął ze smutkiem Draco. Jego palce odruchowo powędrowały w miejsce gdzie dopiero co złożyła delikatny pocałunek.
Dopiero po chwili wyrwał się z transu. Wziął głęboki oddech, po czym jakby nic powędrował do swojego dormitorium.
***
Zapadł wieczór. Draco, Blaise i Teodor zebrali się w swoim dormitorium, mając przed sobą poważną rozmowę.
-Wszystko jest już gotowe-stwierdził jeden z nich, posyłając w stronę reszty wesoły uśmiech.
-Co to znaczy?-spytał z powątpiewaniem blondyn.
-Że to koniec. Udało się-wyjaśnił Blaise. Mimo tego 'zwycięstwa' nie zdawał się być szalenie szczęśliwy. Zapadło milczenie. Od początku roku przeszli tak wiele. Uknuli mnóstwo intryg, kłamali, bili się i uciekali z zamku by teraz nie czuć nawet najmniejszej satysfakcji.
-Czyli, że niedługo uciekniemy...-mruknął Draco z obojętnością wypisaną na twarzy. Opuszczenie zamku równało się dla niego z ogromną zmianą. -Co planujemy robić potem?
-Zaraz po tym jak wpuścimy Śmierciożerców, będziemy musieli uciec, nie będzie na nic czasu, dlatego trzeba spakować się wcześniej. Załatwić wszystkie sprawy i... i się pożegnać-odpowiedział nieprzytomnie Teodor. Myślał o tym, jak powie przyjaciołom, że nie wybiera się razem z nimi. Chciał im pomóc i być z nimi do samego końca. Wiedział, że musi przeżyć do momentu użycia szafki zniknięć, ale co będzie potem?
Jego myśli zaprzątała również Lena, z którą rozstanie okaże się zapewne najgorsze...
-Myślałem o tym, żeby wybrać się do Albanii. Wiecie, do lasów, w których On sam się ukrywał-mruknął cicho Draco. Dla niego ucieczka nigdy nie była dobrym wyjściem, dlatego nie mógł ukryć smutku. -Rozbilibyśmy obóz. Tam, w spokoju zastanowilibyśmy się co robić dalej-zaproponował.
Reszta przyjaciół zgodnie mu przytaknęła.
-Wiecie... będę musiał jeszcze zająć się ojcem. Muszę jakoś go unieszkodliwić...
-Weźmiemy go ze sobą-rzucił całkiem poważnie Blaise.
Draco i Teodor wytrzeszczyli oczy, patrząc na niego z niedowierzaniem.
-Żartujesz-bardziej stwierdził niż spytał blondyn.
-Niby dlaczego? Po tym co zrobił... moglibyśmy jakoś go wykorzystać, niech pocierpi jako nasz sługa. Bo to, że go nie zabijemy nie pozostawia nic do dyskusji, prawda?
Młody Malfoy zmarszczył brwi, niezbyt przekonany tym, można by rzec, absurdalnym pomysłem.
Wizja Lucjusza towarzyszącego im w ucieczce była co najmniej niedorzeczna. Tak czy inaczej, Ślizgon i jego przyjaciele odbiegali od pewnej normy, robiąc zazwyczaj rzeczy ryzykowne i nieprzewidywalne.
-Cóż to by było w naszym stylu-stwierdził z uznaniem, po dłuższym czasie namysłu. -No ale macie świadomość tego, że to będzie coś... coś dziwnego, prawda?-spytał, mając nadzieję, że Blaise odwoła swoje słowa, uznając wymyślony pomysł za najgorszy na świecie.
-Jesteśmy Ślizgonami-odparł brunet, jakby to wytłumaczenie było wystarczającym argumentem. -Pomyślcie jakie będziemy mieli z tego korzyści...
***
Draco siedział sam, zamknięty w jednej z pustych klas na czwartym piętrze. To miejsce było wystarczająco bezpieczne by mógł uwarzyć eliksir zgodny z recepturą Hermiony. Cieszył się, że w końcu ma szansę załatwić jeden z problemów. Czuł, że z każdą chwilą jest coraz bliżej upragnionej wolności.
Zawsze był dobry z eliksirów i prawie nigdy nie popełniał błędów. Zwykle wszystko szło mu z największą łatwością i nie musiał przejmować się końcowym efektem mikstury. Teraz jednak z największą precyzją odmierzał wszystkie składniki, sumiennie stosując się do zaleceń Hermiony. Wiedział, że to co wymyśliła dziewczyna nigdy nie zostało przetestowane. Wiedział, że wypicie tego co uwarzy będzie szaleństwem i ogromnym ryzykiem. Ta Gryfonka mimo wszystko wzbudzała w nim ogromne zaufanie. Wierzył, że gdyby nie była pewne sukcesu, nigdy nie dałaby mu kartki z przepisem.
-Wygląda na to, że gotowe...-mruknął, z niezadowoleniem przyglądając się niezbyt smacznie wyglądającej cieczy. Zapach mikstury również nie był przyjemny, dlatego nie mógł powstrzymać się od grymasu, który wymalował się na jego twarzy. -Nie mogłaś wymyślić czegoś smacznego, Granger...?-spytał, nalewając eliksir do fiolki. -To co najmniej obrzydliwe-stwierdził, zastanawiając się, czy wypicie eliksiru będzie mądrym rozwiązaniem.
Jesteś Malfoy, dasz sobie radę...
Już po chwili wypił całą zawartość fiolki, mocno się przy tym krzywiąc.
-Ohyda-mruknął, lekko się krztusząc.
Odczekał chwilę, z zniecierpliwieniem wpatrując się w swoją ręką.
-No dalej...-szepnął, bojąc się, że eliksir Hermiony mógł nie zadziałać. Dopiero po chwili poczuł w ręce lekkie mrowienie, które z czasem przerodziło się w ból, podobny do tego, kiedy ktoś przypala cie żywcem.
Chłopak zacisnął zęby, przygryzając kawałek swojej szaty. Starał się nie krzyczeć, jednak po chwili z jego buzi wyrwał się jęk bólu. Oparł się o ścianę i przymknął oczy, czekając aż ból nieco się zmniejszy.
Po paru, męczących i niezwykle długich minutach ból ustał . Blondyn spojrzał na swoją rękę. Czarny napis zniknął. Został jednak ślad w postaci świeżych blizn.
-Mam nadzieje, że nie zostanie mi jak Potterowi-mruknął, ciężko oddychając. W jego głowie znalazła się wizja dłoni Wybrańca, na której blizny układały się w napis "Nie będę opowiadać kłamstw". -To przerażające-stwierdził, mimowolnie się wzdrygając. Zebrał swoje rzeczy, po czym ruszył do wyjścia z klasy, uprzednio obwiązując wokół dłoni biały bandaż. Lepiej żeby nikt nie widział jego ręki, dopóki ta do końca się nie zagoi. Szedł korytarzem, zadowolony ze swojego sukcesu. Czuł, że ma dług wdzięczności wobec Hermiony. Pomogła mu mimo iż zupełnie na to nie zasłużył.
Z zamyśleniem przemierzał kolejne piętra, kiedy na kogoś wpadł. Z szokiem rozpoznał stojącą przed nim osobę.
-Draco-mężczyzna uśmiechnął się, obdarzając go wzgardliwym spojrzeniem.
Poczuł jak głos uwiązł mu w gardle.
-Zrobisz coś dla mnie?
Blondyn skinął głową, przyglądając się mężczyźnie z wyczekiwaniem.
-Przekaż Teodorowi, że tu jestem. Będę czekał na szczycie wieży astronomicznej-powiedział, po czym zniknął, rzucając na siebie zaklęcie kameleona.
***
-Teodor?! Blaise?!- Ślizgoni siedzieli w dormitorium, ze zdziwieniem przyglądając się swojemu przyjacielowi.
-To złe wieści-stwierdził cicho Zabini, z niechęcią przyglądając się blondynowi.
-Musimy...
-Poczekaj-Teodor przerwał mu, ze spokojem unosząc rękę. -To na pewno może zaczekać. To dzień bez Śmierciożerczych problemów.
-Ale...
-To z pewnością nic takiego...-Blaise, lekceważąco machnął ręką, sięgając po leżącą na jednej z półek gazetę.
-Byłoby nieważne gdyby nie był to twój ojciec czekający na wieży astronomicznej!-wypalił Draco, wyraźnie zirytowany ignorancją przyjaciół.
-Co?-Teodor zerwał się z łóżka, z przerażeniem wpatrując się w blondyna. -Jakim cudem się tu dostał?-spytał z wyraźnym szokiem.
-Czy to ważne?! Czeka tu na ciebie, a ty nie wiesz czego chce i...
-Oczywiście, że wiem czego chce! Tyle, że nie zapewnię mu ani rodziny, ani własnej śmierci-oznajmił z determinacją. -Idę do niego-zadecydował, ruszając w stronę drzwi.
-Zaczekaj, idziemy z tobą-Draco, złapał go za ramię, patrząc na przyjaciela ze znudzeniem. -No chyba nie myślałeś, że sam rozprawisz się z ojcem-psychopatą-zakpił, wyraźnie rozbawiony naiwnością przyjaciela.
***
Było już ciemno. Powoli zapadała noc. Wiatr rozwiewał gałęzie drzew, na których pojawiały się już pierwsze pączki. Wiosna nadchodziła małymi krokami i wszystko mogłoby się zdawać dla nich piękne gdyby nie to, co na nich czekało. Chyba jeszcze nigdy nie biegli tak szybko po schodach wieży astronomicznej.
Mimo wszystko, tylko w głowie Teodora pojawiły się sprzeczne ze sobą myśli. To jak bardzo się denerwował wiedział tylko on sam, ponieważ wyraz jego twarzy pozostawał ciągle nieodgadniony.
Zaczynał padać deszcz, który z każdą chwilą stawał się coraz silniejszy.
W końcu się tam znaleźli. Wiatr rozwiewał im włosy i szaty, a z nieba powoli zaczynał padać deszcz. Ojciec jednego ze Ślizgonów stał z założonymi rękami, wyraźnie rozbawiony obecną sytuacją.
-Witaj, Teo. Przyprowadziłeś przyjaciół?-mruknął z niekrytą pogardą. Jego ciemne oczy nie wyrażały nic oprócz czystej niechęci. -Naprawdę myślisz, że w czymś ci pomogą?
Całe szczęście stanął naprzeciw równych sobie przeciwników. Każdy zgromadzony na szczycie wieży potrafił być naprawdę wredny. Ironiczne, pełne kpiny uśmieszki pojawiły się na twarzach Ślizgonów.
-Po co tu przyszedłeś?-spytał spokojnie Teodor. Nie chciał rozpoczynać wojny. Ostatnio niezbyt dobrze się skończyła. Spojrzał na nogę ojca, a może raczej tam gdzie być powinna. Teraz zamiast niej, był drewniany kikut, przypominając piratów z mugolskich filmów. Ostatni pojedynek między Nottem seniorem, a jego synem doprowadził do tego, że jeden był umierający, a drugi stracił kończynę.
-Przyszedłem sprawdzić jak miewa się mój jedyny syn. Jedyny, bo resztę mi odebrałeś!
-Dramatyzujesz-stwierdził chłopak, lekceważąco machając ręką. -Trzeba ponosić konsekwencje za swoje czyny. Byłeś dla nich niemiły więc wyjechali-wyjaśnił jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.
-Od kiedy taki gówniarz jak ty będzie mnie pouczał?!-Nott Senior zdawał się kipieć ze złości. Draco prychnął pod nosem, uświadamiając sobie, że skądś to zna. Jego ojciec był dokładnie taki sam.
-Jak się tu dostałeś?-spytał blondyn, zmuszając Śmierciożercę do oderwania morderczego wzroku od swojego syna.
-Cóż... wasza szafka działa znakomicie-oznajmił, na co trzem Ślizgonom opadły szczęki. Czyżby mogli spodziewać się ataku Śmierciożerców lada chwila?
-Kto wie o tym, że tu jesteś?-spytał Blaise, czując jak ogarnia go panika.
Mężczyzna udał zamyślenie, by po chwili odpowiedzieć z wyjątkowym zadowoleniem.
-Wszyscy. Wreszcie jesteście bohaterami. Choć cie nienawidzę, muszę przyznać, że jestem z ciebie dumny, synu-oświadczył, na co Teodor tylko wywrócił oczami.
-Czego chcesz?-spytał, świadomy tego, że niedługo będą musieli uciekać z zamku.
-Chcę wiedzieć, gdzie jest moja rodzina-odparł, na nowo ogarnięty przez złość. -Czy to naprawdę takie trudne, powiedzieć mi gdzie oni są?!-krzyknął zirytowany.
Teodor spojrzał na niego z prawdziwym zażenowaniem.
-Nie wiem-wycedził, patrząc na niego z politowaniem.
Chyba wyprowadził ojca z równowagi, ponieważ ten szybko wyciągnął z kieszeni różdżkę, po czym celując nią w syna wypowiedział dwa, krótkie słowa.
***
Draco patrzył na to wszystko w otępieniu. Wykrzyczana klątwa "Avada Kedavra" dźwięczała mu w uszach, nie mogąc wydostać się z jego umysłu. Ściana deszczu, która z każdą chwilą coraz bardziej ograniczała jego pole widzenia, sprawiała, że czuł jak ogarnia go coraz większe przerażenie. Był bezsilny.
Zielony promień pomknął w stronę Teodora i gdyby nie zachowujący zimną krew Blaise, chłopak z pewnością dawno by nie żył. Przyjaciel przewrócił go na ziemię, sam ledwo unikając śmiercionośnej klątwy.
Wściekłość, którą wywołało chybienie, opanowała Notta seniora. Otworzył usta, by po raz kolejny wypowiedzieć zaklęcie, jednak Draco był szybszy. Uniósł swoją różdżkę i za pomocą zaklęcia niewerbalnego oszołomił mężczyznę. Nie przewidział tylko jednej rzeczy. Ojciec Teodora zachwiał się i nim ktokolwiek zdążył zareagować, spadł z wieży astronomicznej.
Podbiegł do krawędzi, z szokiem spoglądając na mężczyznę, który leżał na ziemi. Jego kończyny powyginane były w różne strony, a on sam sprawiał wrażenie, delikatnie mówiąc, zmasakrowanego...
Ojciec Teodora był martwy.
------
Po pierwsze, chcę przeprosić, że tyle czasu nie dodawałam rozdziału.
Po drugie, chciałam podziękować wszystkim komentującym, a w szczególności Wilk, która zaczęła czytać moje opowiadanie i zechciało jej się skomentować KAŻDY rozdział. Doceniam to i jest mi baaardzo miło ^^
Oczywiście nie chcę by ktoś poczuł się niedowartościowany xD Czytam każdy komentarz i z każdego jestem równie szczęśliwa. Po prostu musiałam zwrócić na to uwagę, bo miało to dla mnie naprawdę ogromne znaczenie.
Po trzecie, mam nadzieję, że nikt nie zabije mnie za śmierć jednego z 'bohaterów' :D
Mam nadzieję, że nn pojawi się nieco szybciej. No i mam miniaturkę, którą zapewne na dniach wstawię :))
Ale oprócz tego mam do was sprawę.
Musicie wiedzieć, że powoli się wypalam, a przynajmniej na temat Dramione. Tworzenie tego zaczyna mnie nudzić i choć obiecuję, że to opowiadanie dokończę, to zapewniam was, że kolejnego nie stworzę ;( W mojej głowie zrodził się jednak nowy pomysł. Coś zupełnie nowego, z Potterem nie związanego. Czy ktoś, ktokolwiek chętny do czytania czegoś takiego? Proszę o szczere odp ;)